Poza Alicją jest jeszcze niezastąpiona Ania. Zawsze niższa i bardziej pulchna ode mnie. Ciemne oczy, ciemne włosy, ciemna karnacja- cała Ania. Pamiętam jak babcia, jednej z naszych koleżanek- Olgi, o której też wspomnę- mówiła, że Ania zamiast oczu ma węgle, za to babcia Ani twierdziła, że to dziecko diabła. Anka zawsze była wybuchowa, pyskowała i zawsze miała swoje zdanie.
Pewnego dnia, gdy mój tato robił coś w garażu, podszedł do niego sąsiad. Ja siedziałam przez garażem razem z Alicją jedząc lody, które chwilę wcześniej podwędziłyśmy z mojej lodówki, bo mama właśnie wróciła ze sklepu. Siedziałyśmy tak, a nogawki całe miałyśmy z jabłkowo-gruszkowych lodów, tak doskonale pamiętam ich smak (zresztą to tej pory razem z Alicją je uwielbiamy). Mniejsza o to, podsłuchałyśmy, że sąsiad zaraz idzie od "pana Alberta". Zabrzmiało to dla nas co najmniej tajemniczo. Kimże mógł być pan Albert? Oczywiście nie tak spytałam Alicję, czy raczej ona mnie. "Aśka, kto to Alkert?", mniej więcej tak to wymawiała Alicja. Postanowiłyśmy to sprawdzić i poszłyśmy więc za moim sąsiadem. Dotarłyśmy na sam koniec ulicy, która była dłuuuga, i znalazłyśmy się w miejscu, gdzie nigdy wcześniej nie bywałyśmy. Chodziłyśmy tam niemalże co dzień, z czystej ciekawości. Któregoś razu poszczęściło się nam i zastałyśmy dziewczynkę, która na oko mogła być w naszym wieku. I tak też było. Miała no sobie białe spodenki, które kontrastowały z jej karnacją, która była jeszcze bardziej ciemna niż zazwyczaj, w końcu było upalne lato.
Z Anią bywa różnie. Czasem próbuje nam narzucić swoje zdanie, chociaż ja osobiście się nie daje. Swoje argumenty, wygłasza w dość głośny sposób, że tak to ujmę. Z boku, gdy ktoś spojrzy, może się wydawać, że Anka nie jest fajną osobą. Ależ jest! W przeciwnym razie nie przyjaźniłabym się z nią! Co prawda, działa mi na nerwy jak mało kto, ale za każdym razem jej wybaczam.
Te dwie dziewczyny były ze mną od zawsze. Mam masę przyjaciół, których właściwie nazywam "przyjaciółmi" z przyzwyczajenia , a nie zawsze zasługują na to miano. Nie dlatego, że są źli, ależ skąd! Po prostu nie znam ich na tyle. Na przykład Karolina. Trafiłyśmy do jednej klasy w gimnazjum i trzymamy się razem. Karo ma ciężkie życie. Ojciec za granica ma nową rodzinę, a Karo widzi go tylko w wakacje. Matka ma dużo młodszego narzeczonego, z którym obecnie jest w ciąży, ale też mieszkają za granicą. Brat kilkakrotnie karany za kradzieże, rozboje, posiadanie narkotyków obecnie odsiaduje swój wyrok. Jedyną osobą, która się nią naprawdę interesuje jest babcia. I to z nią mieszka, ale jest starszą osobą, i wiadomo nie będzie żyć wiecznie. Co po jej śmierci stanie z Karoliną, tego póki co nie wie nikt. Ale nie tylko Karolinę nazywam "przyjaciółką" z przyzwyczajenie. Jest też Iza, Dawid, Olga i druga Olga, Pamela, Daria, Piotrek, Marta, Julia, Karol i Adrian. Z każdego z nich lubię bardziej niż resztą znajomych, których znam, ale nie jest to przyjaźń. Nie, bo przyjaźń to coś więcej, coś co łączy mnie, Alicje i Anię. Jest też Natasza...a raczej była, ale to długa historia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz