niedziela, 22 stycznia 2012

Fałszywość i odmienność ludzka, czyli historia Adama

   Witam. Niektórzy moi znajomi posiadają dzienniki, w których zapisują najważniejsze wydarzenia minionego dnia, inni posiadają jakieś pamiętniki, o którym przypominają sobie od święta i czasem naskrobią parę słów. Ja takowego nie posiadam, kilkakrotnie próbowałam, ale mój zapał tak szybko jak się pojawiał, równie szybko znikał. Jednakże mam potrzebę zwyczajnego "wygadania się", i nie, nie chodzi tutaj o trucie o tym "przystojnym blondynie z naprzeciwka, albo o tej wstrętnej Kaśce, która zawsze krzywo się wszystkim przygląda". Czasem nachodzą mnie jakieś refleksje, na temat otaczającego mnie świata, ale rozumując nieco szerzej. 
   W moim rodzinnym mieście nie było mnie sporo czasu, więc gdy tylko przekroczyłam próg domu, torby rzuciłam w kąt i włączyłam komputer, bynajmniej nie dlatego, że go mi jakoś szczególnie brakowało. Chciałam poinformować moich przyjaciół: "Heeey, jestem już". Spotkałam się z dwiema najlepszymi kumpelami, znamy się niemalże od pieluch. Oczywiście plotki i ploteczki, lokalne i te szkolne, tym bardziej, że każda z nas chodzi do innego gimnazjum, i brakuje nam czasów podstawówki, ale nie o tym. Na początku, nic, co by mnie jakoś szczególnie zaskoczyło. "No wiesz, Olka wróciła do Kacpra, ale za to Daria zerwała z Marcinem", czy też: "Monice z IIIc urodziła się siostra, a rodzice Anity rozwodzą się". Wzruszyłam ramionami, nie dlatego, że mnie to nie ruszyło, w końcu jestem wrażliwa, ale wiedziałam, że dziewczyny zaraz przejdą do czegoś ciekawszego. Niecierpliwiłam się, tym bardziej, że zima, jak to w górach, dawała w kość, więc było bardzo zimno. No i się zaczęło...
   "Adam się wyprowadza"- dopiero po chwili dotarło do mnie, co wypowiedziała jedna z moich przyjaciółek, a dokładniej-Ania, ta niższa i bardzo wybuchowa, tym bardziej zdziwiło mnie to, że dopiero po trzykrotnym okrążaniu parku powiedziała mi o tym. "Ale jak to?!", oburzyłam się. Wzruszyła ramionami, tak samo jak ja, na wieść o rozstaniu naszych znajomych. W sumie mnie to nie dziwiło...
   Adam jest dość specyficznym człowiekiem. Znam go od lat, ale nasza bliższa znajomość zaczęła się gdzieś cztery lata temu. Co prawda, byliśmy z innych osiedli, ja wychowałam się w okolicy domków zazwyczaj jedno rodzinnych z ogrodem, on w alejce domków zbudowanych dla powodzian, więc tak jakby z innych planet, ale mimo wszystko lubiliśmy się. Był normalny. Właśnie, "normalny", tak jakby słowo klucz. Adam zaczął pomału odstawać. Pewnego razu, nocowałam u koleżanki z klasy i właśnie jadłyśmy kolacje, było to chyba dwa lata temu. Nagle do kuchni wpadł jej starszy brat, który wyglądał jakby miał się zaraz udusić ze śmiechu. "Z czego tym razem rżysz, bęcwale?" mruknęła Natasza z pełnymi ustami. "Ten wasz Adam...Ten wasz Adam", Jasiek dławił się ze śmiechu. "No co z nim?!", ryknęła Natasza. "Własnie wyznał komuś miłość", wydusił w końcu, teatralnie opadając na odsunięte krzesło. "I co z tego?", mruknęła nieco uspokojona Natasza, chociaż ja dobrze wiedziałam, że jest teraz okropnie zła na Adama, za to, że nic nie wiedziała. "Zgadnij komu?", spytał Jasiek, gdy w końcu zaczerpnął powietrza. Popatrzyłyśmy na siebie z Nataszą przerażone, ale wtedy, najgorszy scenariusz to była najwyżej- Kaśka. "Mojemu koledze z klasy!", krzyknął Jasiek, po czym wstał od stołu i wrócił do swojego pokoju. Przez dobre pół godziny było jeszcze słychać jak Jasiek się śmieje. Nie byłyśmy w stanie wydusić z siebie ani słowa. Usłyszałyśmy szczęk w zamku, i wiedziałyśmy, że zapewne wrócili rodzice Nataszy. Pani Marzena położyła zakupy na blat i spojrzała na nas, po czym stwierdziła "Coś marnie wyglądacie". "Wszystko w porządku, mamuś", zapewniła Natasza i nieobecnym wzrokiem spojrzała na swoją rodzicielkę. Chwile później wstałyśmy od stołu, a Natasza skierowała się do pokoju brata. Poszła za nią. Gestykulując dała mi do zrozumienia, abym nie zamykała drzwi. Najwyraźniej czekała, aż rodzice pójdą na górę, a gdy tylko usłyszała skrzypienie schodów, podeszła do mnie, szarpnęła mną wyciągając na środek, a drzwi zamknęła brutalnym kopniakiem. Jasiek przyglądał nam się bacznie, a gdy Natasza stanęła obok mnie, on wyciągnął się, po czym palcem wskazał na komputer. Wychyliłam się i spojrzałam na ekran, spostrzegłam, że ma otwarte okno komunikatora. Wytężyłam swój, i tak już słaby wzrok, i ujrzałam "Przemek". Świetnie, pomyślałam.
   I niestety okazało się to prawdą. Już parę dni później plotka obiegła całą szkole i nie tylko. Odnosiłam wrażenie, że całe miasto o tym huczy. Ale tak naprawdę zdenerwowałam się dopiero wtedy, gdy były najlepszy przyjaciel z klasy Adama, Tymek, podszedł do mnie, prosząc o coś bezczelnego. "Cześć, Aśka, jesteś w gazetce szkolnej, słyszałam, że ty tam rządzisz, napisz o Adamie, wszyscy chętnie przeczytają", po czym odszedł, a ubaw miał przy tym przedni. Adam nie pojawiał się w szkole bardzo długo. Nie odbierał, ani ode mnie, ani Nataszy, Alicji, Ani czy koleżanek ze swojej klasy. Wiele ludzi żartowało, że to dlatego, że miał praktycznie same przyjaciółki, a mniej "przyjaciół facetów", dlatego się kim się stał. Los chciał, że parę miesięcy później odezwał się do mnie Przemek, tak o. Niemalże codzienne pogawędki, czy to w szkole, czy wieczorem na jakimś czacie, przerodziły się w jakąś ważniejszą znajomość. Sporo mi się zwierzał, ja jemu. Gdy uznałam, że mogę już spytać go o coś, o co chciałam spytać na samym początku, doszłam do wniosku jednak, że stąpam po cienkim lodzie. Mimo wszystko, parę dni później postanowiłam zaryzykować. Po bardzo długiej i burzliwej konwersacji, dowiedziałam się, że Przemek powiedział tylko Jaśkowi i wiedząc, że Natasza przyjaźni się z Adamem pozwolił jej powiedzieć, ja dowiedziałam się "przy okazji", ale to nic nie szkodziło, byłam bowiem równie zaufana jak Natasza. I ani Przemek, ani Jasiek, czy też Natasza nie rozpuścili tego w świat. Zrobił to nie kto inny, jak sam Adam. Przemek sądził, że zrobił to nieświadomie, jednakże po czasie okazało się, że działał z premedytacją. Później zaczęły się jeszcze większe problemy. Adam targnął się na swoje życie, widywałam go w podejrzanym gronie, a wtedy udawał, że mnie nie zna. Było mi przykro, ale po jakimś czasie uznałam, że może tak będzie lepiej. Pewnego dnia, wybrałam się z Alicją na przejażdżkę rowerową, zatrzymałyśmy się w sklepie po butelkę wody, a owy sklep znajdował się w pobliżu domu Adama. Coś nas tknęło i postanowiłyśmy go odwiedzić...
   "Nie ma go", stwierdziła Alicja, gdy od pięciu minut waliła drzwi, tak głośno, że nawet sąsiadka z mieszkania na przeciwko zwróciłam na uwagę. "Może masz rację", mruknęłam zrezygnowana, i w jakiś sposób zawiedzona. Alicja szybko zbiegła po schodach, ja człapałam powoli, łudząc się, że Adam jednak otworzy. Nagle usłyszałam huk, jakby coś się zbiło, i ten dźwięk bynajmniej nie pochodził z mieszkania sąsiadki. "Alicja!", krzyczałam. "On tam jest! Słyszałam!". Chwyciłam za klamkę i o dziwo ustąpiła. Zdenerwowana wbiegłam do środka. Alicja stanęła w drzwiach z wytrzeszczem oczu, że udało mi się otworzyć drzwi. "Ale z nas idiotki, były otwarte!". Nie było go w pokoju, ani w kuchni. "O mój Boże, Aśka!", krzyknęła Alicja. Wtargnęłam do łazienki, a tam zastałam nieprzytomnego Adama, przy którym klęczała Alicja. "Dzwoń na pogotowanie, natychmiast!", krzyknęłam. Ja sprawdziłam co łyknął. Na toaletce leżały jakieś tabletki, które widziałam po raz pierwszy w życiu. Wyszłam do kuchni, bliska płaczu, na stole stały butelki z alkoholem. Po chwili dotarło do mnie, że to dzieje się naprawdę. Że Adam może nie przeżyć. Na szczęście szpital był stosunkowo blisko i karetka przyjechała bardzo szybko, zabierając Adama ze sobą. Nas zostawali w środku, kazali poczekać na któregoś z domowników. Nie bali się najwyraźniej, że i my coś wywiniemy. Być może uznali, że jesteśmy w to wszystko wmieszane, ale to nie była ich działka. Prawdopodobnie też mało ich to obchodziło. Niedługo później wróciła mama Adama. Nie chciała nam wierzyć, krzyczała, że to jakiś kiepski żart, "Gówniary wstrętne, to nie jest śmieszne, a jeśli Adamowi coś się stało, zapłacicie mi za to!", krzyczała, a Alicja wycofywała się natychmiast, ja poczekałam aż kobieta, której syn walczył w tym momencie o życie, uspokoi skołatane nerwy. "Niech pani zamknie dom, i uda się do szpitala", powiedziałam po chwili. "Nie mów mi dzieciaku, co mam robić. I wynoś się stąd!", ryknęła wskazując na drzwi, otwarte na oścież, w których stała przerażona Alicja. 
   Po powrocie do domu opowiedziałam o tym rodzicom, oni byli równie przerażeni co Alicja. "Zachowałyście się bardzo dobrze. A mama Adama była bardzo zdenerwowana. Jeszcze wam podziękuje", powiedziała mi wtedy mama. Parę dni później, mama Adama faktycznie nas odnalazła, i długo przepraszała i dziękowała. "To dzięki wam Adam żyje. Skąd wiedziałyście, że coś się dzieje? Gdyby nie wy, mojego syna by już nie było...Adam chciałby się z wami widzieć", matka Adama była podenerwowana, a oczy zaszły jej łzami. "Przepraszam, ale ja nie chcę widzieć Adama", odpowiedziała niepewnie Alicja, a mama Adama spojrzała na mnie. "Przykro mi", to jedyne co byłam w stanie wtedy powiedzieć. "W porządku. Nie będę was więcej nachodzić", powiedziała i wyszła 
  Adam nie chodził do szkoły, zamiast tego odwiedzał masę specjalistów, potem doszły nas słuchy, jakoby ojciec Adama porzucił jego i swoją żonę, i odszedł z młodszą, z taką, która nie boryka się z takimi problemami. Wtedy, zanim zabrało go pogotowanie widziałam go po raz ostatni. Co prawda, nie widywałam się z nim stosunkowo długo, ale zrobiło mi się jakoś "dziwnie" na wieść, że wyjeżdża gdzieś daleko, nie potrafię opisać tego uczucia. Jedyne na co mam nadzieję, to, że ułoży sobie życie, po swojemu, stanie na nogi i będzie szczęśliwy. Tego właśnie mu życzę z całego serca, gdziekolwiek teraz jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz