niedziela, 29 stycznia 2012

Chłopiec z paczką ciastek

   Cześć. Oficjalnie u mnie ferie się kończą. Innym tak, mi nie. A dlaczego? A z bardzo nieprzyjemnego powodu. Z dwojga złego wolałabym już iść do szkoły.
   Piątek, godzina 7.30 dzwoni budzik. Chętnie bym go rozwaliła, ale chroni go fakt, iż jest to mój telefon. "No dobra trzeba wstać", myślę. Zwlekam się z łóżka, otwieram szafę. Chwytam dżinsy i jakąś koszulkę z Rolling Stones. Wychodzę z pokoju i podążam w stronę łazienki. Po drodze wita mnie mój wierny psiak. Przykucam na chwilę obok niego, ale uświadamiam sobie, że jeśli się nie pośpieszę spóźnię się na autobus. Dobra, biorę się w garść. Letni prysznic i jestem pełna życia. Ubieram soczewki, czeszę włosy i już prawie jestem gotowa do wyjścia. Śniadanie zjeść nie mogłam, "Masz przyjść na czczo". Akurat teraz, jak postanowiłam wziąć się za swój tryb życia i zacząć dzień od pożywnego śniadania? "Dobra", myślę, "Chyba przeżyję". 
   Przystanek na szczęście bardzo blisko. Mróz niesamowity, spoglądam na zegarek. Na do odjazdu niby 10 minut. Właśnie niby. Autobus przyjechał ze 20-minutowym spóźnieniem. Standard. A gdzie jadę? Kierunek szpital. Gdy już byłam pod szpitalem uzmysłowiłam sobie, ze chyba nie mam ze sobą skierowania. Niech to szlag! Ale coś mnie tknęło. Lepiej sprawdzić. Otwieram torebkę i zauważam biały świstek. "Dzięki, mamo", mówię w myślach.
  Wchodzę do korytarza i uderza mnie specyficzny szpitalny zapach. Drepczę do izby przyjeść. Stratatata. Formalności. "Oddział chirurgiczny, wejście obok", mówi jedna z pielęgniarek uśmiechając się do mnie. Wychodzę na zewnątrz. "Ten szpital jakiś dziwny", myślę. Jakby nie można było to zrobić w jednym ogromnym budynku. Gdy weszłam w końcu do odpowiedniego budynku, zgłupiałam totalnie, bo nie wiedziałam na którym piętrze mam się znaleźć. Ale spoko, mama zaraz przyjedzie. Postanowiłam czekać zaraz przy wejściu. Nie myliłam się, po paru minutach zjawiła się mama. Poszłyśmy razem tam gdzie trzeba i czekamy. Dobra, niby zabieg mam o 10.30, ale tu nic nie działa jak trzeba. Mama jak to mama, wszędzie ma znajomych. Spotkała koleżankę z dzieciństwa. Jedną, potem drugą. Wywracam oczami. Ileż można czekać. "Mogłam wziąć chociaż książkę, ale jestem głupia", myślę najpierw. "W sumie skąd miałam wiedzieć, że będzie to tyle trwać?", usprawiedliwiam się po chwili. Nagle podchodzi do mnie jakaś kobieta. Ciemne, bardzo krótkie włosy i ciemne oczy. Znam je skądś. I nie mylę się. Dokładnie takie same ma Karol. To mama Karola. To właśnie ona będzie przy moim zabiegu. Od razu złe myśli odpływają. No, ale dobra, jestem trzecia w kolejce, mama gdzieś zniknęła chyba razem z mamą Karola. Podchodzi do mnie jakiś mały chłopiec i siada obok mnie z paczką ciastek. "Chcesz może trochę?", pyta mnie ochrypłym głosem. "Nie mogę, ale dziękuje", odpowiadam mu, ale uśmiecham się szeroko, aby go nie urazić. Chłopiec wzruszył ramionami i zaczął jeść sam. Nie wiem przez ile tak siedział obok mnie. Wyjęłam telefon, aby zobaczyć czy ktoś się do mnie nie dobijał. Nie ma nic. W sumie nic dziwnego, wszyscy znajomi śpią o tej porze, albo są w szkole. "Mogę zobaczyć?", pyta mnie chłopiec, o którym istnieniu na chwilę zapomniałam. Podałam mu telefon bez słowa. Nie patrzyłam co robi z moim telefonem, mało mnie to interesowało. Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy. "Żyjesz?", chłopiec znowu coś do mnie mówi. "Jestem zmęczona", odpowiadam i zastanawiam się, kim on do licha jest. "Lekarze też mi mówili, że Monika jest tylko zmęczona, a teraz jest w niebie. Tam odpocznie, prawda?". Kim jest Monika? Tego nie wiem. Bo chłopiec po prostu wstał, odłożył mój telefon i odszedł. Odprowadziłam go wzrokiem. Poszedł piętro wyżej. Tak, na oddział dziecięcy. Myślę o nim chwilę, ale zaraz słyszę moje nazwisko. Wstaję i idę do wskazanej mi sali. Tak, miło nic nie boleć. "Tylko nie wyrywaj nogi, Asiu", mówi mi mama Karola. Jasne. Bolało jak diabli, było to chyba najdłuższe półgodziny w moim życiu.  A GDZIE ZNIECZULENIE JA SIĘ PYTAM?! Potem założyli mi szwy. Przeżyłam. Popatrzyłam na stopę i wymsknęło mi się "O mój Boże!". Znieczulenie chyba zaczęło działać z hakiem, bo dopiero po zabieg nie czułam stopy. To umożliwiło mi jakoś powrót. A w domu? Istna maskara. Ściągnęłam buty i pobiegłam do pokoju nie zamykając za sobą drzwi. Naglę słyszę krzyk mamy. Odwracam się, a moim oczom ukazują się czerwone ślady z pokoju i kuchni. Dobra, jestem odporna. "Przecież nie zemdleję" , śmieję się sama do siebie. Położyłam się, a gdy już zasypiałam rozdzwoniły się telefony. W ten oto sposób całe popołudnie i wieczór przegadałam ze znajomymi. Później przyjechała babcia i była na każde moje zawołanie. I poczułam się znowu jak czterolatka, gdy przeżyłam coś podobnego. Nie, nie podobnego, tamto było tysiąckroć gorsze, tym bardziej, że wtedy byłam mała, ale pamiętam to doskonale. A dziś? Teraz leże w łóżku i piszę. A zaraz pójdę spać. No, może jeszcze chwilę pomyślę o chłopcu... 

wtorek, 24 stycznia 2012

Nałogowe świństwo, czyli historia Izy

   Osobiście nie mam żadnych niezdrowych nałogów. Nigdy nie jarałam szlug, nie piję alkoholu, narkotyki czy jakieś dopalacze też mnie nie jarają. Co prawda wszystko to, nie jest mi obce. Wszyscy myślą, że nasze gimnazjum jest takie świetne, chodzą do niego w końcu uczniowie ze wzorowym zachowaniem, z dobrymi ocenami, jakimś drobnymi chociaż osiągnięciami, przeważnie z dobrych rodzin. Ale co oczy nie widzą, tego sercu nie żal...
   Na przykład taka Iza. Niegdyś poukładana dziewczyna, znam ją od trzeciej klasy szkoły podstawowej, wtedy przeprowadziła się ze stolicy do naszej mieściny i ten oto sposób ją poznałam. Los chciał, że trafiłyśmy też do jednej klasy w gimnazjum. Zresztą nikt się temu nie dziwił. Iza była chodząca encyklopedią, wzorem do naśladowania. Pamiętam doskonale, jak w piątej klasie szkoły podstawowej, pani z matematyki bardzo na nas krzyczała, że się nie uczymy, że jesteśmy beznadziejni, że nie dostaniemy się do dobrego gimnazjum i ogóle że jesteśmy wszyscy zepsuci. Wszyscy oprócz Izy. A to wszystko ze względu na sprawdziany. "Spójrzcie! Iza dostała 6! Bez błędów! Tylko ona ma coś w głowie! Nie to co wy, nieuki! Młodociane nieroby!", darła się tak, że prawdopodobnie słyszana była w gabinecie pani dyrektor. Hmm, co z tego, że wtedy ja i Natasza (wtedy się przyjaźniłyśmy i razem siedziałyśmy na matematyce, bo godzin matematyk było najwięcej) dostałyśmy piątki. Nie, nas to już nie pochwaliła, zresztą mało kto nas chwalił, bo w końcu Iza była tylko tą dobrą. Może i tego nie chciała. Ale jak to tak...córka polonistki, córka burmistrza, dziadek zasiadał gdzieś w sejmie, trzeba było się przymilać do Izuni- tak myślało chyba większość grona pedagogicznego. 
  Ale czasy podstawówki minęły. Mamy w szkole już nie miała, ojciec przegrał kolejne wybory, o dziadku też mało kto słyszał. W końcu nie było matki, więc kto miał to wszystko nakręcać? Najwyraźniej Izie na tym w ogóle nie zależało. W klasie znała może góra osiem osób, z poprzedniej szkoły, niekoniecznie klasy. Iza przestała być taką dobrą uczennicą, tylko angielski pozostał jej mocną stroną. Na przerwach przesiadywałam to z nią, to z Karoliną i resztą. Iza nigdy nie pajała entuzjazmem do tamtych, z tego co mówiła z klasy lubiła tylko mnie i Dawida, który chodził do klasy "A", gdy my w podstawówce rzecz jasna, chodziłyśmy do "B" . Olewała szkołę oraz to, co o niej mówili inni. Przestało jej zależeć na dobrej opinii. Iza uczęszczała też do szkoły muzycznej, i często to było jej wymówką, aby nie przyjść na normalne lekcje. Wcześniej tak nie robiła, aczkolwiek większość osób jej wierzyło, w końcu była już piątym roku, wszyscy myśleli, że ma po prostu więcej koncertów, przesłuchań czy coś w tym stylu. Ja osobiście wiedziałam, że wygląda to nieco inaczej, bowiem Alicja też uczęszczała w tym samym czasie do muzycznej.  Z tego co wiem, nie przynosiła też żadnych usprawiedliwień, wierzono jej na słowo. Jednak któregoś razu, nasza wychowawczyni nabrała podejrzeń. Zadzwoniła do matki. Okazała się, że Izę wyrzucono ze szkoły muzycznej. To też po prostu olała...
  Iza bywała w podejrzanym towarzystwie. Godzinami przesiadywała na tak zwanej twierdzy. Miejsce to było specyficzne. Rano spotykano tam starsze kobiety, które wybierały się na spacer z pupilami, po południem zjawiały się rodziny z dziećmi, natomiast po zmroku...największemu wrogowi nie życzę, aby wtedy tam się znalazł. Po prostu może nie wyjść z tego cało, i mówię tu całkiem serio. Izie udało się tam wkręcić. Piła taniego jabola, paliła papierosy, wciągnęli ją też w narkotyki, na szczęście nie w te ciężkie. Spytacie, gdzie byli wtedy rodzice? Otóż zajęci byli swoją młodszą córką- Eweliną. Kopia Izy sprzed sześciu lat. 
  Po jakimś czasie, gdy Iza miała zagrożenia z chemii, fizyki i geografii (pamiętam doskonale jak w damskiej toalecie przepisywałam jej moje ćwiczenia, aby nie załapała kolejnych jedynek) rodzice ostro się wkurzyli. Odwozili ją pod samą szkołę, tak samo ją zabierali. Ale nadszedł jakiś długi weekend, pojechała do dziadków, bo rodzice jechali z Eweliną na jakiś konkurs, gdzieś nad morze, o ile dobrze pamiętam. Dziadkowie najwyraźniej niewtajemniczeni, pewnie po to, aby ich nie denerwować, pozwolili  
szlajać się jej, gdzie się jej żywnie podobało. No i tak znowu trafiła na twierdzę. W końcu, gdy dopierał się do niej jakiś trzydziestolatek bez perspektyw na życie ocknęła się. Nie pojawiała się tam więcej. Wzięła się za naukę. Ale jej wizerunek zmienił się o 180 stopni. Wcześniej nosiła przeważnie najzwyklejsze trampki, poprzecierane rurki i top z jakimś ulubionym zespołem. Iza miała długie blond włosy. Drastycznie je ścięła i przefarbowała na ciemno, w tajemnicy przed rodzicami, dowiedzieli się dopiero po fakcie. Miała co prawda sporo kłopoty w szkole, w statucie było wyraźnie napisanie, że w trakcie roku szkolnego uczennice nie mogą farbować włosów. Przymknięto jednak na to oko, czynnikami  łagodzącymi był fakt, iż ponownie wzięła się za swoją edukacje. Malowała się na czarno, na szyi nosiła obroże, przyodziana tylko i wyłącznie w ciemne stroje, przestała uczęszczać na religie, zamiast tego chodziła na etykę. Ten wszystko trwało rok, cudem zdała do następnej klasy. Taki ostatni zryw. Skąd ja znam takie szczegóły? Gdzieś tam wyżej wspominałam, że lubiła tylko mnie i Dawida, ale ufała tylko mi. Nie przyjaźnie się z nią, ale czasem określam ją jako przyjaciółkę, o czym mówiłam w poprzedniej notce. Alkoholu nie pije, nie wiem jak ma się sprawa narkotyków, papierosy tylko czasem, ale nigdy w szkole. Raz tylko ją przyłapałam jak paliła w damskiej łazience, na szczęście za mną weszła tylko Daria, która mimo wszystko, w razie problemów trzymała stronę Izy. Iza powiedziała, że to więcej się nie powtórzy. Miała dość problemów. Mam nadzieję, że Iza to kiedyś doceni, mam tu na myśli Darię. Ja od Izy usłyszałam kiedyś najszczersze "dziękuje". Skąd wiem, że były szczere? Po prostu wiem. Mam tylko nadzieję, że to był taki burzliwy okres bunt, bo w przeciwnym razie...Może zdarzyć się tak, że za parę lat spotkam Izę, ale nie tę Izą, którą znałam, tylko wrak człowieka. 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Przyjaciele, część II

  Poza Alicją jest jeszcze niezastąpiona Ania. Zawsze niższa i bardziej pulchna ode mnie. Ciemne oczy, ciemne włosy, ciemna karnacja- cała Ania. Pamiętam jak babcia, jednej z naszych koleżanek- Olgi, o której też wspomnę- mówiła, że Ania zamiast oczu ma węgle, za to babcia Ani twierdziła, że to dziecko diabła. Anka zawsze była wybuchowa, pyskowała i zawsze miała swoje zdanie. 
  Pewnego dnia, gdy mój tato robił coś w garażu, podszedł do niego sąsiad. Ja siedziałam przez garażem razem z Alicją jedząc lody, które chwilę wcześniej podwędziłyśmy z mojej lodówki, bo mama właśnie wróciła ze sklepu. Siedziałyśmy tak, a nogawki całe miałyśmy z jabłkowo-gruszkowych lodów, tak doskonale pamiętam ich smak (zresztą to tej pory razem z Alicją je uwielbiamy). Mniejsza o to, podsłuchałyśmy, że sąsiad zaraz idzie od "pana Alberta". Zabrzmiało to dla nas co najmniej tajemniczo. Kimże mógł być pan Albert? Oczywiście nie tak spytałam Alicję, czy raczej ona mnie. "Aśka, kto to Alkert?", mniej więcej tak to wymawiała Alicja. Postanowiłyśmy to sprawdzić i poszłyśmy więc za moim sąsiadem. Dotarłyśmy na sam koniec ulicy, która była dłuuuga, i znalazłyśmy się w miejscu, gdzie nigdy wcześniej nie bywałyśmy. Chodziłyśmy tam niemalże co dzień, z czystej ciekawości. Któregoś razu poszczęściło się nam i zastałyśmy dziewczynkę, która na oko mogła być w naszym wieku. I tak też było. Miała no sobie białe spodenki, które kontrastowały z jej karnacją, która była jeszcze bardziej ciemna niż zazwyczaj, w końcu było upalne lato. 
   Z Anią bywa różnie. Czasem próbuje nam narzucić swoje zdanie, chociaż ja osobiście się nie daje. Swoje argumenty, wygłasza w dość głośny sposób, że tak to ujmę. Z boku, gdy ktoś spojrzy, może się wydawać, że Anka nie jest fajną osobą. Ależ jest! W przeciwnym razie nie przyjaźniłabym się z nią! Co prawda, działa mi na nerwy jak mało kto, ale za każdym razem jej wybaczam.
  Te dwie dziewczyny były ze mną od zawsze. Mam masę przyjaciół, których właściwie nazywam "przyjaciółmi" z przyzwyczajenia , a nie zawsze zasługują na to miano. Nie dlatego, że są źli, ależ skąd! Po prostu nie znam ich na tyle. Na przykład Karolina. Trafiłyśmy do jednej klasy w gimnazjum i trzymamy się razem. Karo ma ciężkie życie. Ojciec za granica ma nową rodzinę, a Karo widzi go tylko w wakacje. Matka ma dużo młodszego narzeczonego, z którym obecnie jest w ciąży, ale też mieszkają za granicą. Brat kilkakrotnie karany za kradzieże, rozboje, posiadanie narkotyków obecnie odsiaduje swój wyrok. Jedyną osobą, która się nią naprawdę interesuje jest babcia. I to z nią mieszka, ale jest starszą osobą, i wiadomo nie będzie żyć wiecznie. Co po jej śmierci stanie z Karoliną, tego póki co nie wie nikt. Ale nie tylko Karolinę nazywam "przyjaciółką" z przyzwyczajenie. Jest też Iza, Dawid, Olga i druga Olga, Pamela, Daria, Piotrek, Marta, Julia, Karol i Adrian. Z każdego z nich lubię bardziej niż resztą znajomych, których znam, ale nie jest to przyjaźń. Nie, bo przyjaźń to coś więcej, coś co łączy mnie, Alicje i Anię. Jest też Natasza...a raczej była, ale to długa historia.

niedziela, 22 stycznia 2012

Przyjaciele

   Każdy z nas go ma. Chociaż to raczej, nie jest prawda. Nie każdy. Spotykam ludzi, którzy twierdzą, że nie mają przyjaciół. To musi być okropne. Osobiście, nie wyobrażam sobie życia bez moich przyjaciół. Są dla mnie tak samo ważni jak tlen.
   Mam to szczęście, iż jedną ze swoich najlepszych przyjaciółek poznałam, chyba w wieku trzech lat. "Nic nadzwyczajnego", "Też mi coś", pomyśli ktoś. Jednakże ja uważam inaczej, jesteśmy nadzwyczajne, a raczej to co nas łączy. Wspaniałe jest to, że nasza przyjaźń trwa po dziś dzień. Pamiętam dokładnie, gdy się poznałyśmy. Nasze starsze siostry często razem jeździły na rowerach, a pewnego, pięknego i chyba najlepszego dnia w moim życiu, obie postanowiłyśmy im towarzyszyć. I tak zrodziła się nasza cudowna przyjaźń. Alicja jest chyba jedną z tych nielicznych osób, za które byłabym w stanie oddać życie. Tak, wiem, jak mi nic nie grozi tak twierdzę, a gdyby czyhało na nas jakieś niebezpieczeństwo inaczej bym śpiewała, i chroniła najpierw siebie. Mówi się, że jeśli kogoś kochasz ważniejsze jest dla Ciebie jego szczęście od Twojego. Kto powiedział, że chodzi tu tylko o relacje damsko-męskie? Ja kocham swoją przyjaciółkę, jesteśmy bratnimi duszami. Pamiętam jak mówiłyśmy we własnym języku, jak razem jeździłyśmy na festiwale dla maluchów, na których śpiewałyśmy. Jak nocowałyśmy u siebie. Jak moja siostra oraz siostra Alicji i jej kuzyn odciągali nas od siebie, bo potrafiłyśmy zegnać się przez dwie godziny, chociaż doskonale wiedziałyśmy, że przecież za godzinę, Alicja przyjdzie nocować do mnie. Wszystkie gry i zabawy w ogrodach. Miałam wspaniałych przyjaciół i dzieciństwo. Tęsknie za tym strasznie, ale dalej mieszkam tu, gdzie mieszkam, i dalej mam przyjaciół. Nie uważam się, za jakoś dorosłą, bynajmniej nie chcę nią być. Mam przecież dopiero piętnaście lat. Takim powrotem dzieciństwa jest moment, kiedy przyjeżdża do mnie, lub do Alicji kuzynostwo i bawimy się razem z nim. Czuję, się znowu jak sześciolatka. Może ktoś kiedyś wymyśli wehikuł czasu? "To byłby cud"
______________________________________________________
Moja przyjaźń z Alicją to temat rzeka, zresztą nie tylko z nią się przyjaźnie, ale o tym wspomnę w kolejnej notce.

Fałszywość i odmienność ludzka, czyli historia Adama

   Witam. Niektórzy moi znajomi posiadają dzienniki, w których zapisują najważniejsze wydarzenia minionego dnia, inni posiadają jakieś pamiętniki, o którym przypominają sobie od święta i czasem naskrobią parę słów. Ja takowego nie posiadam, kilkakrotnie próbowałam, ale mój zapał tak szybko jak się pojawiał, równie szybko znikał. Jednakże mam potrzebę zwyczajnego "wygadania się", i nie, nie chodzi tutaj o trucie o tym "przystojnym blondynie z naprzeciwka, albo o tej wstrętnej Kaśce, która zawsze krzywo się wszystkim przygląda". Czasem nachodzą mnie jakieś refleksje, na temat otaczającego mnie świata, ale rozumując nieco szerzej. 
   W moim rodzinnym mieście nie było mnie sporo czasu, więc gdy tylko przekroczyłam próg domu, torby rzuciłam w kąt i włączyłam komputer, bynajmniej nie dlatego, że go mi jakoś szczególnie brakowało. Chciałam poinformować moich przyjaciół: "Heeey, jestem już". Spotkałam się z dwiema najlepszymi kumpelami, znamy się niemalże od pieluch. Oczywiście plotki i ploteczki, lokalne i te szkolne, tym bardziej, że każda z nas chodzi do innego gimnazjum, i brakuje nam czasów podstawówki, ale nie o tym. Na początku, nic, co by mnie jakoś szczególnie zaskoczyło. "No wiesz, Olka wróciła do Kacpra, ale za to Daria zerwała z Marcinem", czy też: "Monice z IIIc urodziła się siostra, a rodzice Anity rozwodzą się". Wzruszyłam ramionami, nie dlatego, że mnie to nie ruszyło, w końcu jestem wrażliwa, ale wiedziałam, że dziewczyny zaraz przejdą do czegoś ciekawszego. Niecierpliwiłam się, tym bardziej, że zima, jak to w górach, dawała w kość, więc było bardzo zimno. No i się zaczęło...
   "Adam się wyprowadza"- dopiero po chwili dotarło do mnie, co wypowiedziała jedna z moich przyjaciółek, a dokładniej-Ania, ta niższa i bardzo wybuchowa, tym bardziej zdziwiło mnie to, że dopiero po trzykrotnym okrążaniu parku powiedziała mi o tym. "Ale jak to?!", oburzyłam się. Wzruszyła ramionami, tak samo jak ja, na wieść o rozstaniu naszych znajomych. W sumie mnie to nie dziwiło...
   Adam jest dość specyficznym człowiekiem. Znam go od lat, ale nasza bliższa znajomość zaczęła się gdzieś cztery lata temu. Co prawda, byliśmy z innych osiedli, ja wychowałam się w okolicy domków zazwyczaj jedno rodzinnych z ogrodem, on w alejce domków zbudowanych dla powodzian, więc tak jakby z innych planet, ale mimo wszystko lubiliśmy się. Był normalny. Właśnie, "normalny", tak jakby słowo klucz. Adam zaczął pomału odstawać. Pewnego razu, nocowałam u koleżanki z klasy i właśnie jadłyśmy kolacje, było to chyba dwa lata temu. Nagle do kuchni wpadł jej starszy brat, który wyglądał jakby miał się zaraz udusić ze śmiechu. "Z czego tym razem rżysz, bęcwale?" mruknęła Natasza z pełnymi ustami. "Ten wasz Adam...Ten wasz Adam", Jasiek dławił się ze śmiechu. "No co z nim?!", ryknęła Natasza. "Własnie wyznał komuś miłość", wydusił w końcu, teatralnie opadając na odsunięte krzesło. "I co z tego?", mruknęła nieco uspokojona Natasza, chociaż ja dobrze wiedziałam, że jest teraz okropnie zła na Adama, za to, że nic nie wiedziała. "Zgadnij komu?", spytał Jasiek, gdy w końcu zaczerpnął powietrza. Popatrzyłyśmy na siebie z Nataszą przerażone, ale wtedy, najgorszy scenariusz to była najwyżej- Kaśka. "Mojemu koledze z klasy!", krzyknął Jasiek, po czym wstał od stołu i wrócił do swojego pokoju. Przez dobre pół godziny było jeszcze słychać jak Jasiek się śmieje. Nie byłyśmy w stanie wydusić z siebie ani słowa. Usłyszałyśmy szczęk w zamku, i wiedziałyśmy, że zapewne wrócili rodzice Nataszy. Pani Marzena położyła zakupy na blat i spojrzała na nas, po czym stwierdziła "Coś marnie wyglądacie". "Wszystko w porządku, mamuś", zapewniła Natasza i nieobecnym wzrokiem spojrzała na swoją rodzicielkę. Chwile później wstałyśmy od stołu, a Natasza skierowała się do pokoju brata. Poszła za nią. Gestykulując dała mi do zrozumienia, abym nie zamykała drzwi. Najwyraźniej czekała, aż rodzice pójdą na górę, a gdy tylko usłyszała skrzypienie schodów, podeszła do mnie, szarpnęła mną wyciągając na środek, a drzwi zamknęła brutalnym kopniakiem. Jasiek przyglądał nam się bacznie, a gdy Natasza stanęła obok mnie, on wyciągnął się, po czym palcem wskazał na komputer. Wychyliłam się i spojrzałam na ekran, spostrzegłam, że ma otwarte okno komunikatora. Wytężyłam swój, i tak już słaby wzrok, i ujrzałam "Przemek". Świetnie, pomyślałam.
   I niestety okazało się to prawdą. Już parę dni później plotka obiegła całą szkole i nie tylko. Odnosiłam wrażenie, że całe miasto o tym huczy. Ale tak naprawdę zdenerwowałam się dopiero wtedy, gdy były najlepszy przyjaciel z klasy Adama, Tymek, podszedł do mnie, prosząc o coś bezczelnego. "Cześć, Aśka, jesteś w gazetce szkolnej, słyszałam, że ty tam rządzisz, napisz o Adamie, wszyscy chętnie przeczytają", po czym odszedł, a ubaw miał przy tym przedni. Adam nie pojawiał się w szkole bardzo długo. Nie odbierał, ani ode mnie, ani Nataszy, Alicji, Ani czy koleżanek ze swojej klasy. Wiele ludzi żartowało, że to dlatego, że miał praktycznie same przyjaciółki, a mniej "przyjaciół facetów", dlatego się kim się stał. Los chciał, że parę miesięcy później odezwał się do mnie Przemek, tak o. Niemalże codzienne pogawędki, czy to w szkole, czy wieczorem na jakimś czacie, przerodziły się w jakąś ważniejszą znajomość. Sporo mi się zwierzał, ja jemu. Gdy uznałam, że mogę już spytać go o coś, o co chciałam spytać na samym początku, doszłam do wniosku jednak, że stąpam po cienkim lodzie. Mimo wszystko, parę dni później postanowiłam zaryzykować. Po bardzo długiej i burzliwej konwersacji, dowiedziałam się, że Przemek powiedział tylko Jaśkowi i wiedząc, że Natasza przyjaźni się z Adamem pozwolił jej powiedzieć, ja dowiedziałam się "przy okazji", ale to nic nie szkodziło, byłam bowiem równie zaufana jak Natasza. I ani Przemek, ani Jasiek, czy też Natasza nie rozpuścili tego w świat. Zrobił to nie kto inny, jak sam Adam. Przemek sądził, że zrobił to nieświadomie, jednakże po czasie okazało się, że działał z premedytacją. Później zaczęły się jeszcze większe problemy. Adam targnął się na swoje życie, widywałam go w podejrzanym gronie, a wtedy udawał, że mnie nie zna. Było mi przykro, ale po jakimś czasie uznałam, że może tak będzie lepiej. Pewnego dnia, wybrałam się z Alicją na przejażdżkę rowerową, zatrzymałyśmy się w sklepie po butelkę wody, a owy sklep znajdował się w pobliżu domu Adama. Coś nas tknęło i postanowiłyśmy go odwiedzić...
   "Nie ma go", stwierdziła Alicja, gdy od pięciu minut waliła drzwi, tak głośno, że nawet sąsiadka z mieszkania na przeciwko zwróciłam na uwagę. "Może masz rację", mruknęłam zrezygnowana, i w jakiś sposób zawiedzona. Alicja szybko zbiegła po schodach, ja człapałam powoli, łudząc się, że Adam jednak otworzy. Nagle usłyszałam huk, jakby coś się zbiło, i ten dźwięk bynajmniej nie pochodził z mieszkania sąsiadki. "Alicja!", krzyczałam. "On tam jest! Słyszałam!". Chwyciłam za klamkę i o dziwo ustąpiła. Zdenerwowana wbiegłam do środka. Alicja stanęła w drzwiach z wytrzeszczem oczu, że udało mi się otworzyć drzwi. "Ale z nas idiotki, były otwarte!". Nie było go w pokoju, ani w kuchni. "O mój Boże, Aśka!", krzyknęła Alicja. Wtargnęłam do łazienki, a tam zastałam nieprzytomnego Adama, przy którym klęczała Alicja. "Dzwoń na pogotowanie, natychmiast!", krzyknęłam. Ja sprawdziłam co łyknął. Na toaletce leżały jakieś tabletki, które widziałam po raz pierwszy w życiu. Wyszłam do kuchni, bliska płaczu, na stole stały butelki z alkoholem. Po chwili dotarło do mnie, że to dzieje się naprawdę. Że Adam może nie przeżyć. Na szczęście szpital był stosunkowo blisko i karetka przyjechała bardzo szybko, zabierając Adama ze sobą. Nas zostawali w środku, kazali poczekać na któregoś z domowników. Nie bali się najwyraźniej, że i my coś wywiniemy. Być może uznali, że jesteśmy w to wszystko wmieszane, ale to nie była ich działka. Prawdopodobnie też mało ich to obchodziło. Niedługo później wróciła mama Adama. Nie chciała nam wierzyć, krzyczała, że to jakiś kiepski żart, "Gówniary wstrętne, to nie jest śmieszne, a jeśli Adamowi coś się stało, zapłacicie mi za to!", krzyczała, a Alicja wycofywała się natychmiast, ja poczekałam aż kobieta, której syn walczył w tym momencie o życie, uspokoi skołatane nerwy. "Niech pani zamknie dom, i uda się do szpitala", powiedziałam po chwili. "Nie mów mi dzieciaku, co mam robić. I wynoś się stąd!", ryknęła wskazując na drzwi, otwarte na oścież, w których stała przerażona Alicja. 
   Po powrocie do domu opowiedziałam o tym rodzicom, oni byli równie przerażeni co Alicja. "Zachowałyście się bardzo dobrze. A mama Adama była bardzo zdenerwowana. Jeszcze wam podziękuje", powiedziała mi wtedy mama. Parę dni później, mama Adama faktycznie nas odnalazła, i długo przepraszała i dziękowała. "To dzięki wam Adam żyje. Skąd wiedziałyście, że coś się dzieje? Gdyby nie wy, mojego syna by już nie było...Adam chciałby się z wami widzieć", matka Adama była podenerwowana, a oczy zaszły jej łzami. "Przepraszam, ale ja nie chcę widzieć Adama", odpowiedziała niepewnie Alicja, a mama Adama spojrzała na mnie. "Przykro mi", to jedyne co byłam w stanie wtedy powiedzieć. "W porządku. Nie będę was więcej nachodzić", powiedziała i wyszła 
  Adam nie chodził do szkoły, zamiast tego odwiedzał masę specjalistów, potem doszły nas słuchy, jakoby ojciec Adama porzucił jego i swoją żonę, i odszedł z młodszą, z taką, która nie boryka się z takimi problemami. Wtedy, zanim zabrało go pogotowanie widziałam go po raz ostatni. Co prawda, nie widywałam się z nim stosunkowo długo, ale zrobiło mi się jakoś "dziwnie" na wieść, że wyjeżdża gdzieś daleko, nie potrafię opisać tego uczucia. Jedyne na co mam nadzieję, to, że ułoży sobie życie, po swojemu, stanie na nogi i będzie szczęśliwy. Tego właśnie mu życzę z całego serca, gdziekolwiek teraz jest.