Piątek, godzina 7.30 dzwoni budzik. Chętnie bym go rozwaliła, ale chroni go fakt, iż jest to mój telefon. "No dobra trzeba wstać", myślę. Zwlekam się z łóżka, otwieram szafę. Chwytam dżinsy i jakąś koszulkę z Rolling Stones. Wychodzę z pokoju i podążam w stronę łazienki. Po drodze wita mnie mój wierny psiak. Przykucam na chwilę obok niego, ale uświadamiam sobie, że jeśli się nie pośpieszę spóźnię się na autobus. Dobra, biorę się w garść. Letni prysznic i jestem pełna życia. Ubieram soczewki, czeszę włosy i już prawie jestem gotowa do wyjścia. Śniadanie zjeść nie mogłam, "Masz przyjść na czczo". Akurat teraz, jak postanowiłam wziąć się za swój tryb życia i zacząć dzień od pożywnego śniadania? "Dobra", myślę, "Chyba przeżyję".
Przystanek na szczęście bardzo blisko. Mróz niesamowity, spoglądam na zegarek. Na do odjazdu niby 10 minut. Właśnie niby. Autobus przyjechał ze 20-minutowym spóźnieniem. Standard. A gdzie jadę? Kierunek szpital. Gdy już byłam pod szpitalem uzmysłowiłam sobie, ze chyba nie mam ze sobą skierowania. Niech to szlag! Ale coś mnie tknęło. Lepiej sprawdzić. Otwieram torebkę i zauważam biały świstek. "Dzięki, mamo", mówię w myślach.
Wchodzę do korytarza i uderza mnie specyficzny szpitalny zapach. Drepczę do izby przyjeść. Stratatata. Formalności. "Oddział chirurgiczny, wejście obok", mówi jedna z pielęgniarek uśmiechając się do mnie. Wychodzę na zewnątrz. "Ten szpital jakiś dziwny", myślę. Jakby nie można było to zrobić w jednym ogromnym budynku. Gdy weszłam w końcu do odpowiedniego budynku, zgłupiałam totalnie, bo nie wiedziałam na którym piętrze mam się znaleźć. Ale spoko, mama zaraz przyjedzie. Postanowiłam czekać zaraz przy wejściu. Nie myliłam się, po paru minutach zjawiła się mama. Poszłyśmy razem tam gdzie trzeba i czekamy. Dobra, niby zabieg mam o 10.30, ale tu nic nie działa jak trzeba. Mama jak to mama, wszędzie ma znajomych. Spotkała koleżankę z dzieciństwa. Jedną, potem drugą. Wywracam oczami. Ileż można czekać. "Mogłam wziąć chociaż książkę, ale jestem głupia", myślę najpierw. "W sumie skąd miałam wiedzieć, że będzie to tyle trwać?", usprawiedliwiam się po chwili. Nagle podchodzi do mnie jakaś kobieta. Ciemne, bardzo krótkie włosy i ciemne oczy. Znam je skądś. I nie mylę się. Dokładnie takie same ma Karol. To mama Karola. To właśnie ona będzie przy moim zabiegu. Od razu złe myśli odpływają. No, ale dobra, jestem trzecia w kolejce, mama gdzieś zniknęła chyba razem z mamą Karola. Podchodzi do mnie jakiś mały chłopiec i siada obok mnie z paczką ciastek. "Chcesz może trochę?", pyta mnie ochrypłym głosem. "Nie mogę, ale dziękuje", odpowiadam mu, ale uśmiecham się szeroko, aby go nie urazić. Chłopiec wzruszył ramionami i zaczął jeść sam. Nie wiem przez ile tak siedział obok mnie. Wyjęłam telefon, aby zobaczyć czy ktoś się do mnie nie dobijał. Nie ma nic. W sumie nic dziwnego, wszyscy znajomi śpią o tej porze, albo są w szkole. "Mogę zobaczyć?", pyta mnie chłopiec, o którym istnieniu na chwilę zapomniałam. Podałam mu telefon bez słowa. Nie patrzyłam co robi z moim telefonem, mało mnie to interesowało. Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy. "Żyjesz?", chłopiec znowu coś do mnie mówi. "Jestem zmęczona", odpowiadam i zastanawiam się, kim on do licha jest. "Lekarze też mi mówili, że Monika jest tylko zmęczona, a teraz jest w niebie. Tam odpocznie, prawda?". Kim jest Monika? Tego nie wiem. Bo chłopiec po prostu wstał, odłożył mój telefon i odszedł. Odprowadziłam go wzrokiem. Poszedł piętro wyżej. Tak, na oddział dziecięcy. Myślę o nim chwilę, ale zaraz słyszę moje nazwisko. Wstaję i idę do wskazanej mi sali. Tak, miło nic nie boleć. "Tylko nie wyrywaj nogi, Asiu", mówi mi mama Karola. Jasne. Bolało jak diabli, było to chyba najdłuższe półgodziny w moim życiu. A GDZIE ZNIECZULENIE JA SIĘ PYTAM?! Potem założyli mi szwy. Przeżyłam. Popatrzyłam na stopę i wymsknęło mi się "O mój Boże!". Znieczulenie chyba zaczęło działać z hakiem, bo dopiero po zabieg nie czułam stopy. To umożliwiło mi jakoś powrót. A w domu? Istna maskara. Ściągnęłam buty i pobiegłam do pokoju nie zamykając za sobą drzwi. Naglę słyszę krzyk mamy. Odwracam się, a moim oczom ukazują się czerwone ślady z pokoju i kuchni. Dobra, jestem odporna. "Przecież nie zemdleję" , śmieję się sama do siebie. Położyłam się, a gdy już zasypiałam rozdzwoniły się telefony. W ten oto sposób całe popołudnie i wieczór przegadałam ze znajomymi. Później przyjechała babcia i była na każde moje zawołanie. I poczułam się znowu jak czterolatka, gdy przeżyłam coś podobnego. Nie, nie podobnego, tamto było tysiąckroć gorsze, tym bardziej, że wtedy byłam mała, ale pamiętam to doskonale. A dziś? Teraz leże w łóżku i piszę. A zaraz pójdę spać. No, może jeszcze chwilę pomyślę o chłopcu...